piątek, 30 sierpnia 2013

Trochę o żałobie

Z racji, że ostatnio jest to bliski mi temat, w dzisiejszej notce postanowiłam zająć się żałobą - co, jak i gdzie w trzech religiach: judaizmie, islamie i chrześcijaństwie.

Zacznijmy od najkrótszego opisu - islam. Po śmierci muzułmanina jego bliskich obowiązuje trzydniowa żałoba, podczas której nie mogą nosić ozdobnych ubrań, ani biżuterii, powinni poświęcać czas rozmyślaniom, a kobiety nie mogą się malować. Po trzech dniach żałoba dobiega końca. Chyba, że jesteś wdową. Wdowy obowiązuje idda czyli okres oczekiwania trwający 4 miesiące i 10 dni (chyba, że kobieta jest w ciąży - wtedy jej okres trwa aż do chwili, kiedy urodzi dziecko). W tym czasie:
*nie może się wyprowadzić z domu, w którym mieszkała z mężem;
*nie może opuszczać domu, chyba że jest to konieczne (pójście do lekarza, zrobienie potrzebnych zakupów), jeśli ktoś może zrobić za nią coś, przez co musiałaby wyjść z domu, to wtedy owa kobieta musi pozwolić się wyręczyć;
*nie może nosić ubrania, które ją upiększa, obojętnie w jaki kolor się ubiera, byleby nie wyglądała atrakcyjnie;
*nie może nosić biżuterii;
*nie może używać perfum;
*nie może nakładać makijażu.

W judaizmie wygląda to następująco: Gdy krewny dowiaduje się o śmierci bliskiej osoby, pierwszym wyrazem jego bólu jest rozdarcie szat na sercu (gdy zmarłym jest rodzic), lub na piersiach po prawej stronie (gdy inny krewny). Rozdarcia te określa się nazwą keriyah. Potem następuje aninut. Jest to okres przygotowywania pogrzebu. Po pogrzebie bliscy krewni, sąsiedzi lub przyjaciele przygotowują pierwszy posiłek dla żałobników, se'udat havra'ah. Składa się on z jajek i chleba. To posiłek przeznaczony jedynie dla żałobników, goście w nim nie uczestniczą. Od tego momentu można składać kondolencje. Kolejnym etapem jest sziwa. Jest obchodzona przez rodziców, dzieci, małżonków i rodzeństwo zmarłego. Zaczyna się w dniu pogrzebu i trwa do poranka siódmego dnia po pochówku. Żałobnicy siedzą na niskich krzesłach, lub bezpośrednio na ziemi, nie zakładają butów, nie golą się, nie obcinają włosów, nie używają kosmetyków, nie pracują, rezygnują z rzeczy, które sprawiają przyjemność lub dają zadowolenie, jak np. kąpiel, seks, czyste ubranie, studiowanie Tory (za wyjątkiem fragmentów związanych z żałobą lub cierpieniem). Potem następuje szloszim. Trwa 30 dni. W tym czasie żałobnicy nie uczestniczą w zabawach, przyjęciach, nie golą się, nie obcinają włosów i nie słuchają muzyki. Ostatnią formalną częścią żałoby jest avelut, który obchodzi się tylko po śmierci rodziców. Okres ten trwa dwanaście miesięcy od pogrzebu. Żałobnicy nadal rezygnują z zabaw, spotkań towarzyskich, teatru i koncertów. Ponadto, przez jedenaście miesięcy od momentu pogrzebu, syn odmawia każdego dnia Kadisz (formuła liturgiczna w języku aramejskim, wysławiająca Imię Boże, wyrażająca poddanie się Jego woli oraz wzywająca rychłego nadejścia królestwa Bożego)

A jak to wygląda w chrześcijaństwie? Przyznam, że informacje na ten temat było mi znaleźć najtrudniej. Niby jestem chrześcijanką i powinnam wiedzieć takie rzeczy, ale wychowałam się w Kościele Katolickim, a wiecie jakie mam podejście do zwyczajów tego wyznania. Ale cóż, natrafiłam tylko na katolickie źródła (jeśli ktoś zna jakieś źródła odnoszące się do innych wyznań chrześcijańskich, to proszę o udostępnienie). Katolicy swój okres żałobny argumentują tym, że "Jezus zapłakał nad Łazarzem". I dlatego powszechny smutek i rozpacz jest oznaką żałobnika. Ale mnie to nie bardzo pasuje... Chrześcijanie wierzą w zmartwychwstanie i życie wieczne. Wierzą też, że po śmierci człowiek ma szansę spotkać Boga. Dlaczego więc się smucić? Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem przeciwko żałobie, noszeniu czarnych ubrań (tudzież opaski na ramieniu lub wstążeczki przypiętej na piersi), odmawianiu zabaw. Jestem przeciwna temu, że żałoba ma zasady, których należy się trzymać.

I to dotyczy wszystkich wyznań, jednak chrześcijaństwa najbardziej. Czyż Jezus nie powiedział, że przeżywać mamy w swoim wnętrzu, a nie na pokaz? Po co więc w Kościele Katolickim przyjmuje się, że żałoba po rodzicach i współmałżonkach trwa rok, po dziadkach – pół roku, po rodzeństwie – do 4 miesięcy, – po ciotce, stryju lub wuju ­– 3 miesiące? Żałobę powinien nosić ten kto chce i ile chce.

Szukając informacji o chrześcijańskiej żałobie natrafiłam na internetową dyskusję na temat żałoby wśród członków Kościoła Zielonoświątkowego. Parsknęłam śmiechem, kiedy przeczytałam komentarze takie jak "To sekta, która miesza ludziom w głowach! oni w ogóle się nie smucą po śmierci!" albo "Jak tak można? Żadnej żałoby, nic! To już sąsiedzi i znajomi bardziej się smucili!" a także "Zero szacunku dla zmarłego! To okropna sekta!".

Eee... taaaak. Czy naprawdę muszą to komentować?

Na koniec jeszcze taka mała opowiastka: Siostra mojej babci postanowiła nosić żałobę po śmierci mojego dziadka. Jej sąsiadka oburzyła się na tę wiadomość. No tak, bo przecież żałoba jest zarezerwowana tylko dla wybranych i tylko przez ustalony okres czasu.

A co Wy myślicie na ten temat? Zapraszam do komentowania!

piątek, 23 sierpnia 2013

Wiem, że nic nie wiem

Po wakacyjnej przerwie wracam do pisania notek. Dzisiejsza jest zainspirowana artykułem, który pojawił się niedawno w Dzienniku Bałtyckim. Było w nim o młodych ludziach, którzy chcą zmiany w wyznaniu katolickim i w papieżu Franciszku widzą swoją szansę. Jednak nie o tym chcę pisać.

W artykule było także o wiedzy polskich nastolatków na tematy religijne. Oto co mówią badania:
*polska młodzież ma problemy z ustaleniem składu Trójcy Świętej, 26% ankietowanych dołącza do niej Matkę Boską, niektórzy wymieniają w składzie św. Józefa, św. Piotra, a nawet... papieża (serio? ludzie!)
*tylko 47% odpowiedziało, że Jezus jest Bogiem i człowiekiem
*prawie 22% nie zna liczby sakramentów
*80% nie wie, że ewangelistów było czterech.

Czytając ten artykuł śmiałam się z tych wyników, dopóki nie zapytałam siedzącej obok mnie piętnastoletniej kuzynki o skład Trójcy Świętej. Nie potrafiła udzielić mi odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania o ewangelistów i sakramenty podała z wielką niepewnością w głosie.

Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest prosta - poziom nauki religii w naszych szkołach jest żenujący. Zapewne są szkoły, w których uczy się jej tak, jak się powinno, ale w większości jest z tym słabo. Znam taką szkołę, gdzie ksiądz przychodzi na katechezę, mówi dzieciakom, żeby zajęły się sobą i czyta sobie gazetkę. Byłam świadkiem jak katechetka była wyzywana przez uczniów. Do tego jeszcze dochodzi stosunek do nauki tego przedmiotu. No bo komu się chce tego uczyć?

Nie chodzi tylko o to, że mało kogo to interesuje, ale chodzi o sposób przekazywania wiedzy religijnej. Poza tym, lekcje religii w szkole są bezsensowne. Nie wszyscy są wierzący, nie wszyscy należą do tego samego wyznania, nie wszyscy wierzą w tego samego Boga. Niby szkoła powinna zapewnić tym, którzy nie chodzą na katolicką religię, zajęcia etyki, ale nie wszędzie dzieciaki mają dostęp do takich zajęć. Poza tym, dlaczego katolicyzm ma mieć monopol na nauczanie religii, a innych wrzuca się do jednego wora nazwanego widowiskowo "etyką"? Co więcej, szkoła jest placówką państwową, a nie kościelną, czyż nie? Powinniśmy mieć rozdział państwa od kościoła (pisałam już o tym, kto nie czytał, niech zajrzy >>>KLIK<<<). Religia powinna być nauczana w salkach katechetycznych, które znajdują się przy plebanii czy kościele tak, jak było kiedyś. Rodzice powinni troszczyć się o to, aby dziecko uczęszczało na takie zajęcia, jeśli chcą wychować je w swojej wierze, a księża/katecheci powinni robić wszystko, aby te lekcje były ciekawe i dawały dzieciakom jak najwięcej wiedzy.

W szkołach mogłyby zostać zajęcia o tematyce religijnej, ale takie, które traktują o różnych wierzeniach. Nie każdego to interesuje, ale podstawowe wiadomości przydadzą się każdemu - tak samo, jak każdy uczy się zarówno przedmiotów ścisłych, jak i humanistycznych.

A co Wy o tym wszystkim myślicie? Zapraszam do komentowania!

piątek, 19 lipca 2013

"Dzień ten będzie dla was dniem pamiętnym i obchodzić go będziecie jako święto dla uczczenia Pana."

Ciągle tylko chrześcijaństwo i chrześcijaństwo... A to nie jest blog niebanalnie o chrześcijaństwie tylko niebanalnie o religii. Dlatego dziś postanowiłam się zająć tematem z zakresu judaizmu - w tej notce przedstawię zwięźle informacje o Święcie Pesach.

Święto Pesach upamiętnia jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach Narodu Wybranego: wyjście Żydów z Egiptu w XIII wieku przed naszą erą. Przez ponad czterysta lat  Żydzi cieszyli się swobodą, mieszkając w Egipcie. Uległo to zmianie za panowania faraona Ramzesa XII, który podjął budowę potężnych warowni i zamienił Żydów w niewolników, aby zyskać nowych robotników do pracy przy budowlach. Jak mówi Biblia, Naród Wybrany podjął ucieczkę z kraju pod przewodnictwem Mojżesza. Ten heroiczny wyczyn poprzedzony był wydarzeniami, które określane są mianem "plag egipskich". Było ich dziesięć, a ostatnia z nich to śmierć wszystkich pierworodnych. Plaga ta nie dotknęła jednak Żydów, ponieważ Bóg nakazał im pokropić krwią jednorocznego baranka drzwi i progi swoich domów. Anioł Śmierci omijał te domy. Żydzi zjedli pospiesznie baranki, do których należała krew i wyruszyli w drogę. Pesach jest pamiątką tych niezwykłych wydarzeń.


Najważniejszą częścią tego święta była wieczerza spożywana pierwszego dnia, po hebrajsku "seder" (porządek). Nazwa wywodzi się od tego, że na stole w określonym porządku musiały się znaleźć określone potrawy, a liturgia wieczoru sprawowana była zgodnie z "hagada szelpesach" (historią wyjścia Izraelitów z Egiptu).            


Te potrawy to:

trzy mace (placki z niekwaszonego ciasta, to jest mąki i wody, bez drożdży i żadnych dodatków) symbolizujące po kolei: kapłanów, lewitów i lud;

– zeroa: pieczony barani udziec, który ma przypominać ofiary paschalne składane w Świątyni Jerozolimskiej;

– maror i karpas: gorzkie zioła przypominające niewolę egipską;

– bejca: pieczone jajko posypane popiołem, symbolizujące zbiorowy los narodu, płodność i siłę przetrwania;

– charoset: surówka z tartych jabłek, kruszonych migdałów, orzechów i wina, która przypominając swoim wyglądem glinę symbolizuje materiał budowniczy, z jakiego korzystali żydowscy niewolnicy przy budowie w Egipcie

– duży kielich stojący na środku stołu przeznaczony dla proroka Eliasza.

Ponadto przy każdym nakryciu stawiano kieliszek, który służył do spełniania czterech toastów symbolizujących cztery zapowiedzi, które usłyszał Mojżesz od Jahwe ("i wywiodę", "i wybawię", "i uwolnię", "i przyjmę[was]").


Uczta  zaczynała się od "kiduszu", czyli poświęcenia wina i wypicia pierwszego z wyżej wspomnianych toastów. Potem następowało umycie rąk, a następnie pobłogosławienie "karpasu". Każdy z uczestników zjadał go po wcześniejszym zamoczeniu w wodzie. Po tym prowadzący wieczerzę (głowa rodziny) błogosławił macę i zaczynał czytać Hagadę. Po czytaniu następował drugi toast. Pojawiała się kolejna opowieść o dziejach Narodu Wybranego zakończona kolejnym obmyciem rąk i pobłogosławieniem kolejnej macy, którą zjadano z "maror". Po tym przychodził czas na główną ucztę, która kończyła się przed północą. Wypijano trzeci kielich wina, odmawiano modlitwy dziękczynne oraz śpiewano hymny. Kiedy następował moment ostatniego toastu unoszono kieliszki i trzykrotnie powtarzano "ba-szana ha-baabi-Jeruszalajim" (w przyszłym roku w Jerozolimie), co wyrażało wiarę w nadejście Mesjasza. W następnej części wieczoru opowiadano zagadki, wyliczanki i grano w różne gry. Tak kończył się seder.

piątek, 12 lipca 2013

Pismo Święte sobie przeczy?

Od jakiegoś czasu nurtuje mnie pewne zagadnienie i postanowiłam napisać o tym notkę (tak, znowu będzie trochę czepiania się). Jednak zanim przejdziemy do tego, co chcę Wam przekazać, wykonajcie, proszę, ten test: >>>KLIK<<<

Test zrobiony? I jak Wam poszło? Jesteście złymi ateistami czy świętymi katolikami?

Otóż, tego testu nie da się zaliczyć. Jest skonstruowany tak, abyśmy zawsze wybierali złą odpowiedź. Dlaczego? Ma on na celu pokazać, że Pismo Święte przeczy samo sobie. Podejrzewam, że miał to być mocny cios w chrześcijan. Widziałam jak ateiści posługiwali się tym testem i aż bili radością i komentarzem "ateiści 1:0 chrześcijanie".

Do tego dochodzi jeszcze ten artykuł: >>>KLIK<<< Możecie w nim przeczytać o nakazach i zakazach biblijnych, które są łamane nawet przez ludzi wierzących.

Ok, nie chcę tu powiedzieć, że ateiści to złe, podstępne dupki i trzeba ich wyeliminować. Jednak, jeśli już ktoś chce "zadawać ciosy" to niech to robi z sensem i z merytoryczną wiedzą.

Wszystko rozchodzi się o dwa problemy: 1. Pismo Święte samo sobie przeczy; 2. chrześcijanie stosują wybiórczo nakazy i zakazy z Biblii.

Oba te zagadnienia można połączyć. Sprawa bowiem wygląda następująco:

Pismo Święte tylko pozornie sobie przeczy. Należy pamiętać, że poszczególne fragmenty były tłumaczone w różnych okresach i przez rożne sposoby. Dlatego czasem czytamy o occie podanym Jezusowi, a gdzie indziej o tym, że Chrystus otrzymał wino zaprawione goryczą. Poza tym, księgi mają różnych autorów. Nawet sam Pięcioksiąg, który przypisywany jest Mojżeszowi - według badań - nie został napisany przez jedną osobę. W takich przypadkach trudno oczekiwać ścisłości w każdym najmniejszym calu. Poza tym, owe teksty nie są jakimiś świeżynkami. Przeszły już wiele tłumaczeń. Nawet teraz, jeśli porównamy tłumaczenia z różnych wydawnictw, możemy przeczytać co innego mimo że czytamy dokładnie ten sam fragment. Języki hebrajski i aramejski wcale nie są łatwymi językami, a i greka obfituje w słowa, które można tłumaczyć na wiele sposobów.

Teraz druga sprawa. Łatwo można zauważyć, że słowa Jezusa różnią się od słów zawartych w Starym Testamencie (chociażby nakaz składania ofiar ze zwierząt w Starym i zakaz ich składania w Nowym). Dlaczego? Otóż zasady starotestamentowe tyczyły się wyłącznie Narodu Wybranego. Były takie, a nie inne ze względu na ich zwyczaje, ich przekonania, rozmieszczenie geograficzne. Dlatego możemy przeczytać np. o nakazie wykonania płotu na dachu (który został wymieniony we wspomnianym wcześniej artykule) - Żydzi wiele czasu spędzali na dachach swoich domów, dlatego to naturalne, że potrzebny im był tam płot. Poza tym, Naród Wybrany - jak sama nazwa wskazuje - czuł się narodem wyjątkowym, dlatego Żydzi podkreślali swoją indywidualność, np. poprzez zapuszczanie brody.

Nie będę tu mówić o kwestii żydowskiej i ich trzymaniu się nakazów i zakazów, ponieważ podane wcześniej test i artykuł dotyczą chrześcijan. Jeśli chodzi o wyznawców tej religii, to powinni oni słuchać słów Jezusa, a nie kierować się tym, co napisano w Starym Testamencie. W momencie swojej śmieci na krzyżu, Jezus wypowiedział słowa Wykonało się, które mówią nie tylko o tym, że odpuszczone zostają grzechy, ale także o tym, że kara, którą ponosił Naród Wybrany, została zmyta i powstaje całkiem nowa religia, z nowymi zasadami. Dlatego cytowanie Starego Testamentu jako argumentacji w rozmowie na tematy chrześcijańskie mija się z celem.

Nie jestem zwolennikiem kierowania się listami apostołów, wolę polegać tylko na słowach Jezusa, ale jeśli potrzebujecie jakiegoś dodatkowego cytatu, to znajdziecie takowy właśnie wśród pism Pawła: A przecież kresem Prawa jest Chrystus, dla usprawiedliwienia każdego, kto wierzy. (Rz 10, 4), Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, [który miał prowadzić] ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy. (Ga 3, 23-25), Pozbawił On mocy Prawo przykazań, wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch [rodzajów ludzi] stworzyć w sobie jednego nowego człowieka,
wprowadzając pokój.
(Ef 2, 15)

Spotkałam się z zarzutem, że jeśli chrześcijanin ma odrzucić nakazy i zakazy ze Starego Testamentu, to musi też odrzucić Dziesięć Przykazań. Nic podobnego. Jezus nie odrzucił Dekalogu, utrzymał go. Widać to nawet w dobrze wszystkim znanym słowach Chrystusa: «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy (Mt 22, 36-40) Wszystkie z Dziesięciu Przykazań mieszczą się w owych dwóch.

A czy Wy macie coś do dodania w tej sprawie? Zapraszam do komentowania!

piątek, 5 lipca 2013

Jestę gwiazdo, zeżrę wafla, dostanę laptoka

Sezon komunijny już za nami i nie wchodzę teraz idealnie w temat, ale to o czym chcę napisać, nurtuje mnie już kilka lat, a apogeum nastąpiło kiedy zobaczyłam to zdjęcie:


Jednym z komentarzy pod nim było zdanie, które widnieje w tytule tej notki. Wybrałam je, ponieważ idealnie oddaje sens dzisiejszej uroczystości przystąpienia po raz pierwszy do Komunii Świętej. Ale zacznijmy od początku...

Owa uroczystość jest typowo katolicka. Wszystko zaczęło się od Soboru Laterańskiego IV (1215 r.), kiedy to ustalono, że do Komunii będą dopuszczane dzieci dopiero, kiedy wejdą w wiek rozeznania (czyli będą potrafiły odróżnić zwykły chleb od Chleba Eucharystycznego). Po 1910 r. papież Pius X wprowadził "wczesną Komunię" - Ciało Chrystusa mogły przyjmować dzieci już nawet w wieku 5-7 lat.

Jednak w Polsce ta sprawa wyglądała inaczej. Do 1420 r. Komunia Święta była wiązana z sakramentem chrztu. Wiek rozeznania przyjął się u nas z dużym opóźnieniem. Powszechnym wiekiem były lata pomiędzy 10. a 12. rokiem życia (czasem nawet 14.). Wiek rozeznania przyjął się dopiero w XVIII w. (był to 7. rok życia) i tylko w diecezji łuckiej. Wspomniana wcześniej "wczesna Komunia" nie zdobyła w Polsce uznania. Obecnie dzieci po raz pierwszy przyjmują Komunię Świętą w wieku 9-10 lat.

Skoro już Kościół Katolicki wprowadził taką uroczystość, to powinno to być wielkie duchowe przeżycie. Niestety, coraz częściej robi się z tego wielką imprezę. I to mnie wkurza. Nawet bardzo.

Niekiedy dzieci przystępują do tej uroczystości ubrane w alby. Niekiedy wprowadzona zostaje zasada "hulaj duszo, piekła nie ma". Rodzice prześcigają się w ubieraniu swoich dzieci. Do tego dochodzą jeszcze fryzury, film, zdjęcia, kwiaty, przyjęcie i - co najważniejsze - prezenty. Oto szacunkowe wydatki pierwszokomunijne:
-sukienka: 150-500zł
-garnitur: 200-600zł
-wianek: 45zł
-rękawiczki: 30zł
-książeczka, różaniec, świeca: 60-100zł
-buty: 50-100zł
-film: 30-60zł
-sesja fotograficzna: 100zł
-przyjęcie w restauracji: 50-250zł od osoby

Chciałoby się powiedzieć "możliwość przystąpienia do Komunii Świętej - bezcenna".

Oczywiście nie można zapomnieć o prezentach. Dzieciaki na nie czekają, rodzice przecież nie mogą ich zawieźć! Jako prawdziwa fashionelka (komunionelka?), przedstawię Wam trendy minionego sezonu:
1. iPad - niech Twoje dziecko będzie jak papież Franciszek i też ma takie urządzenie!
2. Xbox lub PS3 - najlepiej z jak największą ilością gier, kontrolerami ruchu i najnowszymi bajerami (Twoje dziecko nie może być gorsze od tego Bartka z klatki obok!)
3. laptop - żeby spokojnie mogło poznawać świat fejsika i zbierać jak najwięcej "lubię to!" (bez tego będzie nikim w grupie swoich rówieśników)
4. aparat cyfrowy - oczywiście "luszczanka", najlepiej reklamowana przez jakąś gwiazdę
5. rower - już stary prezent, ale teraz jest "bum!" na zdrowy styl życia, więc na pewno pomożesz swojemu dziecku w akceptacji przez środowisko, jeśli kupisz mu taki prezent
6. quad - zaszalej, Pierwszą Komunię obchodzi się tylko raz! (jeśli jesteś z dalszej rodziny lub nie jesteś spokrewniony, to uważaj - za taki drogi prezent musisz zapłacić podatek!)

Jakiekolwiek duchowe przeżycie jest zepchnięte na dalszy plan (o ile w ogóle występuje). Zrobiła się z tego wielka impreza, gdzie każdy ma szansę pokazać, że jest lepszy od innych. Dzieci myślą tylko o prezentach. To wszystko mija się z celem. Żeby jeszcze te prezenty miały jakikolwiek związek z uroczystością. No, ale tak - przecież na iPada można zrzucić aplikację z Pismem Świętym, co nie?

Księża nie są lepsi. Co rusz słyszy się o tym, że jakieś dziecko nie zostało dopuszczone do Komunii, bo jest chore albo pochodzi z domu dziecka. Poza tym, stosuje się coś takiego jak "indeksy" - tam dzieci zbierają podpisy, że uczestniczyły we mszach świętych i innych nabożeństwach. No i po cholerę? Czy nie lepiej byłoby przedstawiać zasady wiary i zachęcać je do uczęszczania w nabożeństwach, niż stać nad nimi jak kat? Oczywiście, wkład rodziców jest równie ważny. Jeśli oni nie dadzą przykładu i nie nauczą go tego "świata", to dziecko niekoniecznie będzie chętne do chodzenia do kościoła.

Podsumowując, skoro już jest coś takiego jak uroczystość Pierwszej Komunii Świętej, to warto by było zadbać o to, żeby miała ona wymiar duchowy. Drogie prezenty, piękne stroje i impreza w restauracji w ogóle nie powinny mieć miejsca. Wszystkie dzieci powinny mieć jednakowe alby, prezentem powinna być co najwyżej Biblia, a jeśli chodzi o imprezę... skoro zjechało się pół rodziny, a ty nie masz gdzie ich pomieścić w domu, to nie martw się - nie spłoniesz w piekle za zorganizowanie poczęstunku w restauracji. Tylko niech to będzie jakiś obiad, a nie wielka popijawa.

Właśnie! Przypomniało mi się, jak wchodziły uroczystości Pierwszej Komunii w soboty, zamiast w niedziele. Usłyszałam rozmowę dwóch mam. Jedna z nich powiedziała: Ja to się cieszę, że to będzie w sobotę. Bo jak się wszyscy schleją, to jak wrócą do domu? A tak zostaną, bo następnego dnia nie trzeba iść do pracy. Boże, widzisz i nie grzmisz! (chociaż pewnie grzmisz, tylko wszyscy mają to w dupie) Popijawa po przyjęciu po raz pierwszy Komunii Świętej. Cudownie! No bo przecież Jezus też pił na weselu w Kanie!

Chyba robię się za bardzo upierdliwa... ;)

A jakie jest Wasze zdanie? Co myślicie o tej całej sprawie? Zapraszam do komentowania!

piątek, 28 czerwca 2013

Ostatni prorok Starego Testamentu

Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. (Mt 11, 9-11)

Jako, że w poniedziałek (24 czerwca) w kościołach katolickim i prawosławnym, obchodzone jest wspomnienie Jana Chrzciciela, trochę informacji o tej postaci. Na początek mała ciekawostka: wszyscy święci mają swoje wspomnienie w rocznice swojej śmierci, natomiast Janowi przypisano jego dzień w rocznicę urodzin (chociaż dzień jego śmierci - 29 sierpnia - również jest obchodzony).

Jan Chrzciciel urodził się pół roku przed Jezusem (stąd data 24 czerwca), był synem żydowskiego kapłana Zachariasza i Elżbiety, która była ciotką Maryi, matki Jezusa. Jego narodziny były zwiastowane Zachariaszowi przez archanioła Gabriela, kiedy kapłan pełnił służbę w Świątyni Jerozolimskiej.

Po śmierci rodziców, Jan rozpoczął życie pustelnika. Bardzo prawdopodobne, że spotkał wtedy esseńczyków (jedno z żydowskich stronnictw religijnych), jednak nie wiadomo czy został ich członkiem (jego nauczanie nie jest takie samo, jak nauczania esseńczyków).

Kiedy skończył 30 lat, wolno mu było występować publicznie i nauczać, co zaczął robić nad rzeką Jordan, czasem przenosząc się w inne miejsca. Głosił przybycie Mesjasza (sam był nim nazywany, ale zaprzeczał jakoby miałby nim być). Mówił, że nie wystarczy być członkiem Narodu Wybranego, aby zostać zbawionym - potrzebna jest wewnętrzna zmiana, pokuta. Symbolem rozpoczęcia zmian był chrzest, którego Jan udzielał chętnym. Udzielił go także Jezusowi (od czego zaczęło się nauczanie Chrystusa). Wtedy Jan usunął się w cień.

Wtedy wezwał go do siebie Herod II Antypas (syn Heroda Wielkiego, tego od rzezi niewiniątek), ponieważ bardzo zainteresował się jego naukami. Jednak się przeliczył, ponieważ zamiast pięknych nauk od Jana, otrzymał od niego upomnienie. Jan potępiał to, że Herod wziął żonę swojego brata za własną. Władca kazał aresztować Chrzciciela. W dniu swoich urodzin, zauroczony pięknem córki swojej żony, obiecał dać jej wszystko czego zapragnie. Ta, po konsultacji z matką, zażądała głowy Jana Chrzciciela na tacy. Herod spełnił prośbę.

Według tradycji chrześcijańskiej i muzułmańskiej, grób Jana Chrzciciela znajduje się w Wielkim Meczecie Umajjadów w Damaszku. W Charmie Chrystusa Zbawiciela w Moskwie znajduje się jego poczerniała prawa ręka, nazywana Prawicą-która-ochrzciła-Pana (przez wieki była to główna relikwia zakonu joannitów). Jego relikwie można spotkać na całym świecie, nawet w Polsce, np. w kościele św. Jana Chrzciciela w Gnieźnie.

Jan Chrzciciel jest przez chrześcijan uznawany za ostatniego biblijnego proroka przed nadejściem Chrystusa. Mandejczycy uznają go za największego z proroków. Muzułmanie uznają go za jednego z proroków, poprzednika Jezusa i Mahometa.

Co myślicie o tej postaci? Chcielibyście dodać coś jeszcze do życiorysu Jana? Zapraszam do komentowania!

piątek, 21 czerwca 2013

Polityka religii, religia polityki

Ostatnio dużo się mówi o prawie boskim. Wszystko zaczęło się od wypowiedzi kardynała Stanisława Dziwisza, który w swojej homilii w dniu Bożego Ciała powiedział, że prawo Boże powinno stać ponad prawem stanowionym przez ludzi. Do tego doszła jeszcze "kontrowersyjna" wypowiedź naszego prezydenta, a dookoła krąży jeszcze wiadomość o staraniach muzułmanów do wprowadzenia w Polsce szariatu. Jakby to powiedziała moja koleżanka: łohoho, szaleństwo!

Zacznijmy od starcia Dziwisz vs. Komorowski. Fight!

1 czerwca prezydent przyjechał na spotkanie młodzieży w Lednicy. Został zapytany przez jednego z uczestników tego spotkania czy "w sporach światopoglądowych można na niego liczyć". Pytanie nawiązywało do wcześniej wspomnianej homilii kardynała Dziwisza. Pan prezydent odpowiedział tak: Prawo Boże jest różnie rozumiane przez różne wyznania; żyjemy w świecie zróżnicowanym, nie ma jednego prawa Bożego. Są różne punkty widzenia ludzi zaangażowanych religijnie na wiele istotnych spraw społecznych. Uważam, że trzeba pilnować zasady ścisłego rozdziału pomiędzy państwem a Kościołem. Byle był to rozdział przyjazny.

I olaboga, zrobiła się wielka afera! Prezydenta posądzono o herezję, młodzież obecna na spotkaniu podobno była wielce oburzona, posłowie rozwodzą się nad tym jakie to było niepoprawne (czy oni nie mają lepszych rzeczy do roboty?).

Nie rozumiem po co to wszystko. Po pierwsze, Polska nie jest państwem wyznaniowym. Po drugie, nawet gdyby była, to istnieje coś takiego w chrześcijaństwie jak rozłam religii od państwa (piszę o chrześcijaństwie, ponieważ dyskusja rozgrywa się na scenie katolickiej). Prezydentowi zarzucono niewiedzę, a ja na to mówię: panowie posłowie, panie posłanki (kurcze, tu jest strach pisać żeńską formę, bo Pawłowicz by mnie okrzyczała mówiąc, że jest "posłem"), władze kościelne: zalecam uważniejsze czytanie Pisma Świętego!

Przytoczę, na pewno wszystkim dobrze znaną, wypowiedź Jezusa: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga. (Mt 22, 21) W chrześcijaństwie już od początku istniało coś takiego jak niepowiązanie praw Bożych z prawami państwowymi. Apostołowie namawiali od samego początku do bycia wiernymi swojej ojczyźnie, pozostając równocześnie wiernym Bogu. Oczywiście, nie chodzi tu o to, że jeśli prawo w Polsce nakazuje zabijać każdego, kto krzywo na nas spojrzy, to my mamy wbrew naszej wierze łazić po ulicy i mordować ludzi (to już jest sprawa sumienia, moralności, wiary...). Tutaj chodzi o to, że nie powinno być czegoś takiego jak prawo boskie rządzące państwem. Apostołowie, podczas swojej ewangelizacji pogan, byli przeciwko przyjmowaniu przez nich Prawa, którego tak kurczowo trzymali się Żydzi (oczywiście, na początku były z tym pewne problemy: 1.trudność w zaakceptowaniu tego, że można być chrześcijaninem, nie będąc Żydem; 2.trudność pogan w rozdzieleniu religii od państwa).

Teraz sprawa szariatu. Kontrowersje wywołała wypowiedź Nezara Charifa, imama z warszawskiej gminy muzułmańskiej: Szariat jest taki sam dla wszystkich i dlatego jest lepszy niż polskie i europejskie prawo.. Całą sprawę skomentował Musa Czachorowski, członek Muzułmańskiego Związku Religijnego w Polsce: Muzułmanie w Polsce funkcjonują od ponad 600 lat i żadne prawo polskie nigdy nie zmuszało nas do działania niezgodnego z zasadami islamu. Czachorowski przyznał również, że wypowiedź Charifa zszokowała polskich wyznawców islamu. Sam Charif twierdzi natomiast, że jego wypowiedź została źle zinterpretowana (wywiad był prowadzony w języku angielskim).


Nie będę bardziej zagłębiać się w sprawy islamizacji, nie w tej notce. Chcę tylko pokazać, że Kościół Katolicki uważa, że ma monopol na wydawanie zasad. Jako chrześcijanka, na pewno trzymam się zasad swojej religii, ale są to zasady chrześcijańskie, a nie katolickie. Kościół Katolicki wypaczył chrześcijaństwo, co można dostrzec chociażby w tym przypadku. Władze kościelne i zagorzali katolicy bardzo chcą aby Polska była państwem wyznaniowym, powołując się na wyższość prawa Boga, ale zapominają, że dla muzułmanów ich prawo też jest prawem Boga. Spotykają się tu dwie kultury i państwo powinno umożliwić im spokojną egzystencję. Spokojną! Zacytuję słowa, które ostatnio usłyszałam: Możesz nawet wierzyć w to, że kamienie mają boską moc, dopóki nie będziesz we mnie nimi rzucać. Możemy się namawiać do zmiany religii, możemy rozmawiać o naszych poglądach, możemy żyć w pokoju i państwo powinno nam to umożliwić poprzez zasadę ścisłego rozdziału pomiędzy państwem a religią.

A co Wy myślicie o tej sprawie? Jakie jest Wasze zdanie? Może znacie jakieś przykłady, które wpasowałyby się w temat tej notki? Zapraszam do komentowania! :)